sobota, 7 listopada 2015



król życia

jesteś jak drzewo liściaste
masz swoje sezony
i potomstwo w gniazdach
zrzucasz pożółkłą marność
z siebie
zostajesz pozbawiony
wręcz nagi 
na granicy śmierci

odradzasz się w koronie
by grać na powrót w zielone

czwartek, 5 listopada 2015



lepsi

rąbek prawdy wystarczy
praktycznie nie lubią ofiar
czasami ubolewają nad losem
obcych plemion
pani z warzywniaka doradzają
jakby wiedzieli cokolwiek więcej
sami mniej solą zupę
kierują retoryczne pytania
do upadłego
tak jakby można było
zarazić się odpowiedzią


szare ptaki

przed oczami szara ściana z paneli
szare wrony i gawrony
osłupiałe na dachu budynku
to znów przelatujące błyskawicznie
drgające punkty jak ze starych filmów
nie tyle rytmicznie co znienacka
na udrapowanym mgłami tle
wykonują nagły lot
i znikają za węgłem
niespodziewanie

zaskakują
zjawiając się jak migotanie


stąd wszystko wydaje się inne ...

zza szyby słońce puszcza oko
licho
połyskuje ginie znów błyszczy
zgrzyta po szynach tramwajów
jakby dawało znaki
bezwiednie łapię zwierciadło
próbuję chwycić oddech
(przecież nie zajączka)
jedynie równowagę aby linia ciągła
na wykresie łączyła odpowiedni punkt
z punktem
odniesienia proste
i jasne
tym razem nie odwiedzę zmarłych
jutro - pierwszego listopada

serce pulsuje mi jak w ogniu świec
...otoczone wieńcem

niedziela, 20 września 2015



temat rzeka

najdalsze flanki ostatnie rubieże
ogniska zapalne i idące fronty

opasane śródziemnym morzem
jak szeroką fosą

suchą stopą wpław nie sposób
jedynie na boso z nadzieją

by zasnąć nareszcie pod dachem
ominąć śmierć i połączyć brzegi

sięgają do źródła śmiało
przedeptują nurt jak wiślaną łachę

czasem wypełnione koryto rzeki
susza odkrywa skarbami potopu

czwartek, 10 września 2015



dzieci nie tego boga

to nie tędy miała płynąć rzeka
ludzi których nie sposób zatrzymać
policzki dopiero co piekło słońce
teraz sól oczy barwi bladym różem

pachnące wanilią całkiem nieduże
drewniane koniki bujane
zbyt ciężkie na dziecięce plecy
padły jak pierwsze słowa

trudne do zrozumienia podszepty
w głowach ich ojców niesione dalej
idee chowane w pacierze
kołyszą sen dotąd nieznany

tak jak kismet między wierszami


flauta

to dziecko przecież nie miało pojęcia
co lepsze
co oznacza jutro
jego policzki gładkie jeszcze jak piersi
pachniały mlekiem matki
a słowo pierwsze piekło solą
krzyk nie przebił się przez kostła
oddech zdusił poryw wartki
a ciało - jak monument - fala wyniosła
kładąc kres wędrówce

wtorek, 4 sierpnia 2015



prosto z Afryki

sierpniowe upały w nadmiarze
jak uchodźcy w tunelu
napływają szerokim frontem
wypaleni żalem

pragną
wygaszenia - temperatury
na granicy wrzenia

sobota, 25 lipca 2015

przestrzeń

od rana przezroczysta jak wczorajsze morze
przymykam oczy
otwiera się we mnie turkusowa źrenica

z każdej kropli wyłania hologram
twojej twarzy
owal prawie niewidoczny
w słońcu - tylko fale zaginają parol

jak bicze chłoszczą skały
odmiennie gdy zdejmują z siebie biel
po zetknięciu z granulkami piasku

cisza - znak że wzbiera nowa fala
na powrót oddycham wykrzyknikami
a stopy stawiają wielokropki

fot. Irena Tetlak

Recenzja Renaty Adamskiej- Garbowskiej dot.tomu wierszy "Brzemienne obłoki"

Podróż w głąb nie tylko siebie z „Brzemiennymi obłokami” Ireny Tetlak… No tak. W sumie trochę przypuszczałam, że tak właśnie będzie. Z ks...