O poetyckiej pamięci i wyborach
w „Brzemiennych obłokach” Ireny Tetlak
Są tomy poetyckie, które przychodzą jak pora roku – niezależnie od tego, czy jesteśmy na nie gotowi. „Brzemienne obłoki” Ireny Tetlak
nie są jednak ani wiosną, ani jesienią. Są stanem zawieszenia. Ciężarem
powietrza przed burzą. Napięciem, które gromadzi się wysoko, ponad
naszymi głowami, ale dotyka ziemi – tej konkretnej, rodzinnej,
zarośniętej chwastem i pamięcią.
To poezja, która wyrasta z doświadczenia pokoleniowego, lecz nie
zamyka się w nim. Autorka mówi w pierwszej osobie, ale jej „jestem
pokoleniem” nie jest deklaracją autobiograficzną w wąskim sensie. To
raczej świadectwo trwania w historii, w jej zakrętach, pęknięciach i
przełomach. „Brzemienne obłoki” to zapis świadomości, która pamięta smak
chleba z cukrem, marsze pierwszomajowe, rusyfikację, zapach pomarańczy
„od święta” – a jednocześnie mierzy się z agresją współczesności,
dezinformacją, radykalizacją języka i upadkiem podstawowych pojęć.
Tom otwiera obraz natury: starodrzew, latorośle, chwasty,
brunatniejąca łąka. Ten język roślinny nie jest jednak sielankowy.
Natura w wierszach Tetlak staje się metaforą kondycji społecznej.
„Kłamstwa rosną jak gruszki na wierzbie” – absurdalne, niemożliwe, a
jednak obecne.
„Wiatr wyrywa kłącza” – nie tylko roślin, lecz także przekonań,
systemów wartości, relacji międzyludzkich. Chwasty i ludzie splatają się
w jednym obrazie: coś się rozplenia, coś usycha, coś trwa dzięki
głębokim korzeniom.
To poezja diagnozy. Ale diagnozy wypowiedzianej bez akademickiego
chłodu. Autorka nie ukrywa emocji – przeciwnie, pozwala im wybrzmieć.
Konflikt, który kiedyś był przedmiotem pracy dyplomowej z zakresu
zarządzania, dziś staje się realnym doświadczeniem społecznym. „Dzisiaj
przykładów konfliktów jest masa” – mówi podmiot liryczny z goryczą,
która nie jest jednak cynizmem. To raczej bezradność wobec rozplenionych
sporów, wobec języka, który zamiast łączyć, rani.
W „Brzemiennych obłokach” szczególnie wyraźna jest troska o słowo.
Nazwanie rzeczy po imieniu – gwałtu gwałtem, kradzieży kradzieżą – jawi
się jako akt moralny. W świecie rozmytych definicji, eufemizmów i
relatywizmu, precyzja języka staje się formą oporu. Poezja Tetlak nie
flirtuje z dwuznacznością tam, gdzie chodzi o krzywdę. Jest w niej
wyraźna linia etyczna, wyczuwalna potrzeba odróżnienia dobra od zła.
Jednocześnie nie jest to tom publicystyczny. Choć pojawia się
polityka, wojna, agresja, ideologiczne podziały, nie dominują one nad
wymiarem egzystencjalnym. Konflikty ustrojowe człowieka to nie tylko
systemy polityczne, lecz także rozdwojenie jaźni, chwiejność przekonań,
podatność na manipulację. Wiosenny wiatr nie niesie tylko pyłków topoli –
niesie również alergię pamięci. To celne, bolesne sformułowanie. Pamięć
może uczulać. Może utrudniać oddychanie w teraźniejszości.
Autorka sytuuje siebie w historii w sposób odważny. Wymienia
nazwiska, epoki, wydarzenia. Przyznaje się do pokoleniowej
przynależności. To ważny gest. W epoce płynnych tożsamości i
deklarowanej neutralności, Tetlak wybiera zakorzenienie. „Wiem skąd moje
korzenie” – to zdanie brzmi jak odpowiedź na chaos współczesności.
Korzenie nie są tu jednak narzędziem wykluczenia. Są raczej punktem
odniesienia, miejscem, z którego można patrzeć dalej.
W tomie obecna jest także religijna wrażliwość, ale wolna od
triumfalizmu. Pojawia się apel, by „nie mieszać Boga w ludzkie dylematy i
wybory”. To dojrzałe rozróżnienie między wiarą a instrumentalizacją
sacrum. Autorka nie rezygnuje z duchowego wymiaru świata, lecz oddziela
go od politycznych sporów. Miłość zostaje wskazana jako kierunek, nie
jako slogan.
Ważnym motywem jest milczenie – i jego przerwanie. „Po obu stronach
przestrzeni czaił się obezwładniający mrok” – pisze autorka. Ten mrok
nie jest jednoznaczny. Może oznaczać strach, traumę, wstyd, ale także
społeczną zmowę ciszy. Przerwanie milczenia jawi się jako akt
wyzwolenia, lecz również ryzyka. Pojedyncze słowa „powoli chłoną
strumienie światła”. Poezja staje się tu przestrzenią rozjaśniania.
Tytułowe „Brzemienne obłoki” są metaforą szczególną. Obłok kojarzy
się z lekkością, ulotnością, przemijaniem. Brzemienność natomiast z
ciężarem, z zapowiedzią narodzin. W tej sprzeczności zawiera się
napięcie całego tomu. Coś wisi nad nami, coś dojrzewa, coś ma się
wydarzyć. Nie wiadomo jednak, czy przyniesie oczyszczenie, czy burzę.
Tom zawiera krótki, lapidarny wiersz: „Wolność trzeba sobie kupić”.
To zdanie brzmi jak przestroga i przypomnienie. Wolność nie jest dana
raz na zawsze. Wymaga wysiłku, odpowiedzialności, czasem ofiary. W
kontekście całej książki słowo „okup” nabiera wieloznaczności. Może
oznaczać cenę historyczną, społeczną, ale także osobistą – cenę
uczciwości, odwagi, konsekwencji.
Poezja Ireny Tetlak nie jest poezją eksperymentu formalnego. Jej siła
leży gdzie indziej: w klarowności przekazu, w łączeniu doświadczenia
jednostkowego z doświadczeniem wspólnoty, w odwadze mówienia wprost. To
poezja, która nie boi się wartości, choć wie, jak bardzo zostały one
dziś podważone.
Czytelnik wchodzący w „Brzemienne obłoki” wchodzi w przestrzeń
dialogu. Z historią. Z własnym sumieniem. Z pytaniem o to, po której
stronie stoi. Tom nie daje gotowych recept, choć nie ukrywa preferencji.
Raczej zachęca do rachunku sumienia – indywidualnego i zbiorowego.
W czasach, gdy łatwo o ironię, dystans i szyderstwo, Tetlak proponuje
powagę. Nie ciężką, patetyczną, lecz wynikającą z troski. O młodzież, o
język, o przyszłość kraju, o duchowy wymiar życia. Jej wiersze są jak
chwasty i jak starodrzew jednocześnie. Wyrastają z ziemi, której nie
można się wyprzeć, ale próbują sięgnąć wyżej.
„Brzemienne obłoki” to książka o odpowiedzialności – za słowo, za
pamięć, za wybór. O świadomości, że życie to ciągłe decyzje, nawet jeśli
świat wokół wydaje się chwiejny jak chorągiewka na wietrze. To poezja
pokolenia, które przeszło przez komunizm, transformację, stan wojenny, a
dziś patrzy na nowe zagrożenia z mieszanką lęku i determinacji.
Czy te obłoki przyniosą deszcz oczyszczenia? Tego nie wiemy. Wiemy
jednak, że zostały nazwane. A nazwanie jest początkiem
odpowiedzialności.
W tym sensie tom Ireny Tetlak nie jest jedynie zbiorem wierszy. Jest
świadectwem czuwania. I zaproszeniem, byśmy również nie przestawali
czuwać – nad sobą, nad wspólnotą, nad językiem, który może budować albo
niszczyć, bo wchodząc w te wiersze, wchodzimy w przestrzeń, gdzie niebo
nie jest obojętne, a ziemia nie zapomina. Obłoki są brzemienne. A my –
współodpowiedzialni za to, co z nich spadnie.
Na styku technologii i pamięci, między cyfrowym niebem a sierpniowym
żarem serc, rodzi się pytanie o człowieka. O jego wolność,
odpowiedzialność i prawdę. Ten tom nie daje gotowych odpowiedzi, lecz
zostawia nas z wyborem: czy pozwolimy, by przyszłość pisała się bez nas,
czy zachowamy w niej własny głos. Jeśli w podsumowaniu „wychodzi na
plus” więcej szczerości niż złudzeń – to znaczy, że wciąż jest nadzieja.
Andrzej Dębkowski